bodo zzk.qxp_bookletJuż jako niemowlę zacząłem życie bardzo ruchliwe, podróżowałem bardzo dużo Zjeździwszy całe imperium rosyjskie oraz pogranicze Chin i Persji, gdzie ojciec mój wyświetlał filmy, zawitaliśmy do Polski i osiedliliśmy się tu na stałe” – opowiadał tygodnikowi „Kino” trzydziestoletni Eugeniusz Bodo.

Jednakże kilkuletnie pacholę, które przyjechało wraz z rodzicami do Polski, nie nosiło jeszcze wytwornego imienia Eugeniusz. Nikt też nie znał go pod pseudonimem Bodo. Kim więc był?

Naprawdę nazywał się Bohdan Eugène Junod, z urodzenia po ojcu pół-Szwajcar, po matce pół-Polak. Przez całe swoje życie był obywatelem II Rzeczypospolitej ze szwajcarskim paszportem. Pierwszym miastem, które zobaczył, była Łódź, gdzie występował w ojcowskiej Uranii, która łączyła pod jednym dachem kino, teatr i variétés. Bywalcy tej sceny zapamiętali go, gdy miał osiem lat. Bawił publiczność cyrkową zręcznością w posługiwaniu się lassem. Popis w kowbojskim kostiumie kończył, śpiewając i tańcząc w rytm Yankee Doodle, popularnej wtedy westernowej ballady. Zejściu ze sceny towarzyszyły – a jakże – strzały z kapiszonowego colta. Oklaskom nie było końca, nie dlatego, że był synem właściciela (bo o tym wiedzieli wszyscy), ale dlatego, że był naprawdę utalentowany.

Warszawa, do której trafił młody kandydat na aktora, cieszyła się świeżo odzyskaną wolnością. Ogólną radość mąciła jednak perspektywa zbliżającej się wojny polsko-bolszewickiej. Na fali patriotycznego uniesienia, a może za namową Karola Hanusza, z którym się wtedy zaprzyjaźnił, wstąpił wraz z nim do wojska. Ale prochu obaj nie zdążyli powąchać, bo polskie wojsko zaczęło właśnie świętować zwycięstwo nad bolszewikami. Zwycięstwo zwane „cudem nad Wisłą”.

Zrzucił więc mundur i wrócił na scenę. Zachwycał publiczność Doliny Szwajcarskiej. Zainteresował sobą wytrawnych znawców kabaretu ze stołecznego Qui Pro Quo. Podobał się bywalcom łódzkiej Bagateli. Ona zresztą dowiedziała się pierwsza, że pewien utalentowany aktor znany dotąd jako Bohdan Eugène Junod przyjmuje sceniczny pseudonim. Jego drugie, francuskie imię staje się pierwszym i polskim (EUGENIUSZ), nazwisko zaś tworzą dwie sylaby imion, jego BO (Bogdan) i mamy DO (Dorota). Tak narodził się Eugeniusz Bodo.

Po raz pierwszy pojawił się pod tym artystycznym pseudonimem jesienią 1921 roku na scenie warszawskiego kabaretu Qui Pro Quo. Wystąpił wówczas w operetce Amerykanka.

Czy jego debiut został zauważony?

Chyba tak, skoro niemal natychmiast zaczęto obsadzać go w kolejnych spektaklach i nie trzeba było wytrawnego oka znawcy, aby zauważyć jego wszechstronność. Jak nikt potrafił połączyć na scenie śpiew, taniec i grę aktorską z naturalnym dowcipem i wyjątkową sprawnością fizyczną. Gdy teatrzykiem QPQ targnął pierwszy kryzys, Bodo był już w Perskim Oku. I brylował znowu pośród gwiazdorskiej części aktorskiego personelu, a niezrównaną partnerką jego wybornych kreacji była Zula Pogorzelska. Występując razem, doprowadzali teatralną widownię do łez fabularyzowanymi przez siebie piosenkami. Powodzenie, jakie zdobył Bodo na obu tych scenach, czyniło go trochę ślepym na kinematograf. Mimo to trafił na kinowy ekran kierowany głosem serca do Elny Gistedt, „szwedzkiego słowika”. Przyjęto ją w Warszawie z wielkimi honorami, zresztą zasłużonymi, za temperament sceniczny, aktorskie mistrzostwo i muzykalność. Czy się podobała? Bardzo. A Eugeniuszowi Bodo szczególnie. Był wielkim admiratorem jej pięknego głosu i nieprzeciętnej urody. I żeby nikt nie przeszkodził tej znajomości, zagrali razem w filmie Rywale.

W obrazie tym po raz pierwszy stanął Bodo przed bezwzględnym dla aktorskiej sztuki okiem kamery i znakomicie poradził sobie z nużącą pracą, wielokrotnymi powtórkami i brakiem publiczności. A podbudowany zachwytami krytyków skwapliwie przyjął kolejną, nęcącą ofertę w Czerwonym błaźnie, pierwszym polskim filmie sensacyjnym. Był rewelacyjny w roli apasza, odznaczył się zręcznością i odwagą w popisach akrobatycznych. Wobec ekipy i pozostałych aktorów sprawiał wrażenie rutynowanego aktora filmowego. Na ekranie niemych filmów pojawiał się jeszcze kilkakrotnie – w Uśmiechu losu, Człowieku o błękitnej duszy, w Policjancie Tagiejewie oraz 9.25 (Przygoda jednej nocy). A ekranową ciszę rekompensował sobie na estradzie, na której znano od lat tembr jego głosu, sympatyczny akcent i finezyjne interpretacje piosenek.

W Kulcie ciała, Urodzie życia, Niebezpiecznym romansie i w obrazie Na Sybir zagrał Bodo nieduże role. Jak to jednak w jego aktorskiej naturze leżało, nawet epizody umiał zagrać mistrzowsko. Dziesięć lat spędzonych na scenie i stale rosnąca popularność podbudowana niemymi rolami w kinie wymogła na nim niewyobrażalną wprost rzetelność. Wyróżnieniem za to była pierwsza ważna rola w jego dotychczasowym dorobku ekranowym – w Wietrze od morza. W filmie tym według powieści Stefana Żeromskiego Bodo zagrał rewelacyjnie tragiczną postać Ottona, mając pełną świadomość, co niesie przesłanie Żeromskiego i jak sprostać detalom wprowadzonym do scenariusza przez reżysera, aby film nie był tylko nudnym moralitetem.

W 1932 roku pojawił się Bodo w roli współwłaściciela wytwórni filmowej B-W-B (Bodo-Waszyński-Brodzisz), która zajęła się przygotowaniem do produkcji filmu Bezimienni bohaterowie. Pierwszy napisał scenariusz (i wystąpił w epizodycznej roli komisarza policji), drugi zajął się reżyserią, trzeciemu przypadła główna rola męska.

Ozdobą kolejnych przedsięwzięć artystycznych B-W-B miał być Głos pustyni. Mimo buńczucznych zapowiedzi film ten nie reprezentował polskiego kina w Hollywood. Po podliczeniu wszystkich kosztów związanych z dotychczasową produkcją okazało się, że firma „trzech trubadurów polskiego kina” Bodo-Waszyński-Brodzisz jest bankrutem i wkrótce przestała istnieć.

Zastąpiła ją w 1933 roku Urania, którą postanowił Bodo prowadzić samodzielnie. Niebawem pojawiła się na ekranach wyprodukowana przez nią arcyzabawna komedia Jego ekscelencja subiekt. A wkrótce, z kilkumiesięczną częstotliwością, następne efektowne dzieła Uranii: Pieśniarz Warszawy, Czarna perła, Jaśnie pan szofer, Bohaterowie Sybiru, Dwa dni w raju i Pięto wyżej. We wszystkich Bodo dwoił się, a nawet troił jako producent, kierownik artystyczny, współautor scenariuszy i dialogów, a przede wszystkim aktor – wykonawca głównych ról i przebojów.

Na obrazie Piętro wyżej skończyła się filmowa działalność Uranii, lecz nie zakończyła ona ekranowych zajęć Eugeniusza Bodo. I chociaż przyniosła jemu i jego firmie olbrzymi sukces artystyczny i finansowy, w licznych wywiadach mówił o niekończącej się walce aktora z producentem. Gdy aktor Bodo był górą, koszty ponosił producent Bodo. Gdy ten z kolei „zaciskał pasa”, cierpiał Bodo aktor.

Uwolniony już od tych trosk z ochotą przyjął główne role w filmach Książątko, Skłamałam oraz Robert i Bertrand i Paweł i Gaweł w parze z Adolfem Dymszą. W Strachach zagrał siebie – artystę kabaretowego, Królową przedmieścia wyreżyserował, a w filmie Za winy niepopełnione wystąpił w podwójnej roli, aktora oraz reżysera.

Pracę nad filmem Uwaga – szpieg! przerwała wojna. Jeszcze przed zajęciem Warszawy wyjechał do Lwowa. Tam, na mocy dekretu powołanej do życia Rady Komisarzy Ludowych, rozpoczęto nabór i weryfikację polskich artystów do tworzonych wówczas zespołów. Miały one jeździć po całym Związku Radzieckim i „propagować polską kulturę”. Jedną z orkiestr utworzył Henryk Wars i nazwał ją Tea Jazz, od „teatru” i „jazzu”. Tea Jazz zrobił z miejsca olbrzymią furorę. Polską i rosyjskojęzyczną publiczność jednakowo bawił Eugeniusz Bodo. Z wdziękiem sprawował rolę gospodarza, facecjonisty, piosenkarza i konferansjera. Zresztą zawsze był w tych rolach znakomity. A teraz był jeszcze lepszy, dlatego że świetnie mówił i śpiewał po rosyjsku.

Wielka popularność Tea Jazzu sprawiła, że podczas pobytu na koncertach w Moskwie Eugeniuszowi Bodo i Henrykowi Warsowi władze radzieckie przyznały najwyższe kategorie artystów estradowych. Nawiązali przyjaźnie z Aleksym Tołstojem, Aramem Chaczaturianem, Izaakiem Dunajewskim oraz z prominentnymi wówczas działaczami radzieckimi.

Prywatne sukcesy radowały Bodo na tyle, że pokornie znosił nową, aktorską rzeczywistość. Szczególnie wtedy, gdy działalność Tea Jazzu przeorganizowana została znowu. Teraz całkowicie na sowiecką modłę. Przede wszystkim zespół Warsa trafił pod oko i ucho radzieckich „administratorów”. Każdy teatr, każda orkiestra działająca dotąd samodzielnie miały teraz swoich „opiekunów”. Jeden z zespołem był „na zawsze”. Podróżował, obserwował koncerty i pisał stosowne raporty. Drugi pełnił rolę „menedżera”, zapewniał przejazd, noclegi i gaże.

W lutym 1941 roku Tea Jazz znowu bawił we Lwowie. Przygotował tam nowy, komediowy program Muzyka na ulicy. Dwa miesiące później po raz drugi wyjechał na tournée po Związku Radzieckim. Trasa koncertowych wędrówek wiodła od Lwowa do Kijowa, do Moskwy, Leningradu, Woroneża i Kurska. Potem był jeszcze Jarosław, Charków, Rybińsk i Odessa.

Gdy koncerty dobiegły tam końca, artyści Tea Jazzu postanowili, że krótki odpoczynek przed powrotem do Lwowa i czekającą ich trzecią turę estradowych wojaży wykorzystają na kąpiele w Morzu Czarnym. „Beztroskie” wakacje przerwała wiadomość o ataku Niemiec na Związek Radziecki. Powrót do Lwowa okazał się niemożliwy. Tylko Bodo był innego zdania. Postanowił, że wobec takiej sytuacji rezygnuje z uczestnictwa w propagowaniu polskości w języku rosyjskim i wraca do Lwowa, aby jako obywatel Szwajcarii, kraju neutralnego, wykorzystać swój paszport do jak najszybszego opuszczenia terenu zbrojnego konfliktu. We Lwowskiej Filharmonii złożył podanie z prośbą o zwolnienie z dalszych występów z Tea Jazzem, a do miejscowych władz – pismo z wnioskiem o umożliwienie mu wyjazdu z ZSRR do USA. 26 czerwca 1941 roku został aresztowany przez ukraińskie NKWD i nikt go już więcej nie widział żywego oprócz służb sowieckich więzień we Lwowie i w Moskwie, lagrów w Ufie oraz Kotłasie, gdzie 7 października 1943 roku zmarł z głodu, zimna i wycieńczenia. Pochowany został w anonimowym grobie. Dopiero 2 października 2011 roku z inicjatywy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Instytutu Polskiego w Petersburgu oraz miejscowej Polonii odsłonięto w Kotłasie pomnik w kształcie płyty nagrobnej, upamiętniający męczeńską śmieć polskiego aktora.

 

Tym, którzy nie słyszeli jeszcze, jak śpiewał Bodo, polecam tą płytę ze wszystkimi uratowanymi z wojennej pożogi nagraniami płytowymi Bodo zarejestrowanymi w latach 30. dla wytwórni fonograficznych działających w międzywojennej Polsce. Znalazło się też trochę miejsca dla jego piosenek skopiowanych z filmowej ścieżki dźwiękowej. Niektóre z nich różnią się od wersji płytowych, inne znane są tylko z ekranu (aczkolwiek musiały istnieć wersje płytowe, albowiem płyta była podstawowym narzędziem odtwarzającym nagrania muzyczne i efekty; nawet wtedy, gdy film nauczył się już zapisywać dźwięk razem z obrazem na taśmie celuloidowej

Tracklista:

1. JUŻ TAKI JESTEM ZIMNY DRAŃ (foxtrot)

2. ŚWIAT SIĘ ZACZĄŁ DZIŚ (tango)

3. ACH! LUDWIKO (foxtrot)

4. CZY POTRAFISZ JOANNO ZAGWIZDAĆ? (slow fox)

5. JAK CAŁOWAĆ TO UŁANA (marsz-foxtrot)

6. JA MAM CZAS, JA POCZEKAM (tango)

7. CO TEMU WINIEN ZYGMUŚ, ŻE JEST TAKI ŚLICZNY (foxtrot)

8. TYLE MIŁOŚCI (slow fox)

9. ZŁOCISTE WŁOSKI (foxtrot)

10. DLA CIEBIE CHCĘ BYĆ BIAŁĄ (jig-foxtrot)

11. RACH CIACH CIACH (foxtrot)

12. ZRÓB TO TAK (slow fox)

13. TAKIE COŚ (foxtrot)

14. TYLKO Z TOBĄ I DLA CIEBIE (tango)

15. BABY (foxtrot)

16. TO NIE TY (foxtrot)

17. W HAWAJSKĄ NOC (slow fox)

18. NAJCUDOWNIEJSZE NÓŻKI (slow fox)

19. RUMBOLERO (rumba bolero)

20. O’KEY (slow fox)

21. WESOŁY MARYNARZ (foxtrot)

22. NICZEWO NIE ZNAJU [Nic o tobie nie wiem] (slow fox)

23. PRASZCZALNAJA PIESIENKA LWOWSKOWO DŻAZZA [Tylko we Lwowie] (walc)

Bonus:

24. ACH, ŚPIJ KOCHANIE [Dlaczego nie chcesz spać?] (slow fox) – z filmu PAWEŁ I GAWEŁ, reż. M. Krawicz [1938]

25. SEX APPEAL (foxtrot) – z filmu PIĘTRO WYŻEJ, reż. L. Trystan [1937]

26. DZIŚ TA, JUTRO TAMTA (fox marsz) – z filmu PIĘTRO WYŻEJ, reż. L. Trystan [1937]

27. O’KEY (slow fox) – z filmu CZY LUCYNA TO DZIEWCZYNA? reż. J. Gardan [1934]

28. UMÓWIŁEM SIĘ Z NIĄ NA 9-TĄ – z filmu PIĘTRO WYŻEJ, reż. L. Trystan [1937]

Tagi: